źródło: pixabay.com

pixabay.com

Magda-lenka

30 lat temu....

26. Kw, 2016

30 lat temu....

Właśnie dziś mija tyle lat od wybuchu w Czarnobylu- najpotężniejszej eksplozji elektrowni jądrowej, która zapisała się na kartach historii, a która była efektem niedopracowanego eksperymentu, jaki w niej przeprowadzano.

Daruję Wam notkę historyczną, bo kto chce może doktoryzować się w temacie samodzielnie. Opowiem Wam coś, co mnie chodziło po głowie od dłuższego czasu.

No to jedziemy...

Ja w tym dniu spokojnie kiełkowałam pod sercem mojej mamy, nie mogę więc pamiętać, co się wtedy działo. Całą historię znam z opowieści, artykułów czy fotoreportaży i cieszę się, że nie musiałam tego doświadczyć.

Dlaczego Wam o tym dniu przypominam? Przecież każdego dnia jest „jakaś” rocznica „czegoś”, czasem nawet okrągła. Skąd pomysł na taki tekst?

Bo w tym dniu dokonał się także jeden z największych cudów na świecie. I też był swego rodzaju owocem, czy może raczej efektem eksperymentu.

26 kwietnia 1986 roku dokonał się cud narodzin- świat powitało wieeelkie niemowlę płci męskiej. To wtedy wszystko się zaczęło- z Jego pierwszym oddechem, krzykiem...
Gdyby nie ten dzień- nie byłabym tym, kim jestem, nie byłabym taka jaka jestem, pewnie byłabym gdzie indziej, jadła coś innego a na plecach niosłabym bagaż innych doświadczeń i wspomnień.
Może lepszych, może gorszych...
Hola! Na pewno gorszych!
Gdyby nie ten dzień, nie doświadczyłabym TEGO pierwszego pocałunku, TEJ pierwszej dłuższej rozłąki, TYCH pierwszych wspólnych wakacji, wspólnego mieszkania. Nie miałabym tylu pięknych zdjęć, nie pamiętała zapachu deszczu z TEGO wyjazdu do Krakowa...

Jak to dobrze, że się wtedy urodziłeś! Dzięki Tobie mam pięknego syna, Ty „zrobiłeś” mnie mamą i żoną. To Ty budujesz nasz wspólny dom. Ty przytulasz mnie, gdy rzucam piorunami, łapiesz za rękę chroniąc przed upadkiem w kałużę, ciągniesz za uszy, gdy nie mam siły wstać.

Ciągniemy ten wózek razem już ponad 12 lat a mnie wciąż za mało, ciągle chcę więcej....
Mężu, w dniu Twoich 30-tych urodzin, chcę Ci powiedzieć: Kocham Cię :* Chcę więcej!

25. Kw, 2016

Chcesz mieć piękną, zadbaną skórę przez cały rok?

Głupie pytanie, wiem że chcesz.
A, że jak się chce to podobno wszystko się da, a jak nie wszystko, to prawie wszystko.

Ale to się da :)

Wystarczy Ci kilka minut spokoju, lub względnego spokoju.

Piszę ten post o 7 rano, jestem jeszcze przed kawą, bo nie zaczynam od niej dnia. Może udało mi się Ciebie złapać i też jesteś jeszcze „przed”.
A jeśli już robisz- zrób też dla mnie.

Ja przyniosę ciastka! Owsiane! Sama piekłam!

Ale pomyślisz~, a zaraz później zapytasz co ma kawa do Twojej skóry?

Taaa.... jasne, o 7 rano myślisz o tym, gdzie jest ta druga skarpeta w rozmiarze 25 w samoloty a nie o tym, co zrobi kawa z Twoją skórą.

Ale ja Ci podpowiem:
A no to, że jeśli ją pijesz- odwadniasz się- pamiętaj więc, by do każdej filiżanki kawusi wypić jedna szklankę wody. Zapobiegniesz w ten sposób utracie cennej wody i skóra będzie pięknie nawilżona od wewnątrz. Oczywista sprawa- nie zapomnij o wypijaniu co najmniej 1,5 litra wody w ciągu dnia.

Ale to tez nie o tym chciałam -
Chcę Ci przedstawić „ przepis” na cudowny peeling do ciała z wykorzystaniem.... tadam.... KAWY!
A dokładniej z wykorzystaniem tego, co Ci po tej kawie zostało- fusów.

No to szybciutko o tym , co będzie Ci potrzebne:

1. Zmielona kawa lub fusy ( ja używam fusów, bo szkoda mi świeżej, niezużytej kawusi, poza tym więcej dobroci wyciśniesz jednak z fusów)- 2 łyżki spokojnie wystarczą.

2. Łyżka oliwy z oliwek ( możesz wybrać każdy inny olej- kokosowy, lniany, z pestek dyni czy winogron- każdy ma znakomite właściwości)

3. 2- 3 łyżki żelu pod prysznic.
Pomyślisz- wariatka- żel pod prysznic łyżkami odmierza. Nie, nie odmierzam- leję „na oko”, chcę Ci tylko przybliżyć proporcje.

Konsystencją powinno przypominać pastę.

I to w zasadzie tyle. Reszta jest w Twoich rękach.

Polecam zastosowanie peelingu już po myciu, nazwijmy je, „ właściwym”. Ja nakładam peeling i masuję całe ciało kolistymi ruchami, wyłączając twarz. Tak stoję pod prysznicem i masuuuję kilka minut chłonąc kawowy zapach, spłukuję, wycieram...
sprzątam chlew w łazience, bo jednak cała kabina wygląda mało reprezentacyjnie po tej zabawie. Pewnie w wannie pole rozbryzgu byłoby mniejsze.
Mimo wszystko- warto.

Może Twoja skóra nie wyszepcze Ci „ dziękuję Kochana”, ale zapewniam, że będzie Ci wdzięczna i odpłaci z nawiązką.

Co taki peeling da Twojej skórze:
Przede wszystkim oczyści z martwego naskórka, bo to podstawowe działanie każdego peelingu, dzięki czemu skóra zyska na świeżości i gładkości.
Ponadto kawa, a właściwie zawarta w niej kofeina, ma właściwości ujędrniające i pomaga w walce ze znienawidzonym przez nas cellulitem.
Jak to czyni? Wniknąwszy w nasza skórę pomaga odprowadzić nagromadzoną w komórkach wodę.

Co jeszcze- kawa zawiera ponad 700 różnych olejków eterycznych, taki peeling jest więc ucztą dla Twojego nosa i mózgu.

Oliwa z oliwek czy inny olej ( choćby zwykła oliwka dla dzieci) doskonale nawilży, odżywi i lekko natłuści Twoja skórę. Po tym peelingu nie musisz już używać balsamu.

Ważne jest również to, że wszystkie te składniki masz w domu w związku z czym- wiesz z czego składa się „Twój” kosmetyk, masz pewność, że nie zawiera żadnych chemicznych dodatków a kosztuje przy tym kilka groszy.

Kto może stosować taki peeling?
W zasadzie każdy, jeśli jednak masz problem z pękającymi naczynkami wybierz bardziej delikatna wersję- zamiast fusów zastosuj peeling na przykład z samego cukru.

Jak często stosować?
Możesz nawet codziennie. Ale jeśli chcesz osiągnąć efekt ujędrnionej skóry, czy wspomóc się w walce z cellulitem- powinnaś stosować go kilka razy w tygodniu- powiedzmy 3-4. Myślę, że nie będzie to uciążliwe, biorąc pod uwagę to, że zapewne codziennie się myjesz :D

Ja podałam Ci podstawowy przepis, ale do mieszanki możesz dodać jeszcze brązowy cukier, sól morską, imbir, cynamon- wszystko zależy od Twoich upodobań.


Jeśli spodobał Ci się mój przepis, to nie obrażę się za lajki i udostępnienia :)

No to, do następnego... a tymczasem..borem, lasem.

21. Kw, 2016

Nie współczuję samotnym matkom!

W zasadzie, to samotnym ojcom też nie.

Ostatnio miałam "okazję" posiedzieć trochę w przyszpitalnej poradni specjalistycznej z moim synkiem. Właściwie z tym siedzeniem to się rozpędziłam.

I z tym "trochę" też.

Kto ma dzieciaka na chodzie, był obserwatorem takiej sytuacji albo ma trochę wyobraźni, ten wie lub jest w stanie sobie wyimaginować, jak wygląda takie czekanie na wizytę.
Dwugodzinne czekanie!
Z biegającym Lolkiem, który jest wszystkiego ciekaw, zaczepia ludzi, ucieka szybciej niż Light Man Superhero, ciągle chce pić, a jak nie pić to siku,a jak nie siku to niuńka ( smoczka)- tak moje dziecko w sytuacjach stresowych sięga po smoka! No nie możemy dziada oduczyć i tyle. Za miętka jestem widząc te maślane ślepia w kolorze brąz.


Do rzeczy- od razu po umówieniu wizyty postawiłam sprawę jasno- idziemy z Dziedzicem oboje, dlatego że:

1- Młode jest nasze- w sensie, że nie tylko moje, więc tatuś też powinien być przy wizycie, by usłyszeć informacje o stanie zdrowia syna z pierwszej ręki a nie z mojego przekazu;
2- diagnoza wymagała podjęcia decyzji, co robimy dalej. Co ROBIMY, a nie co masz matko zrobić.
3- mieliśmy taką możliwość- to też jest bardzo istotne, bo nie zawsze można wziąć urlop, urwać się wcześniej z pracy czy zamienić z kimś. Nie wszyscy mogą i ja to rozumiem.
4- wsparcie w sytuacji mocno stresującej. Niby nic poważnego, ale gdy dotyczy zdrowia dziecka, to każda pomocna dłoń się przyda, choćby na chwilę;
5- chyba najważniejsze pod względem logistyki- jedno z nas czekało w koszarach "trzymając" kolejkę, zawiązując nowe relacje społeczne i prowadząc dysputy na temat wyższości ssania smoka nas ssaniem palucha, podczas gdy drugie dostawało solidny wycisk od Młodego. Korytarze szpitalne były wyślizgane od uskutecznianych przez Lolka maratonów, schody wydeptane, samochody na parkingu policzone i usystematyzowane pod względem koloru, marki i stopnia zużycia.


Reasumując- nie wyobrażam sobie przeżyć ten dzień w pojedynkę, bo po pierwsze nie umiem być w dwóch miejscach na raz ( kto przytrzyma kolejkę, gdy będę skakać po schodach w towarzystwie 2-latka?).
Po drugie- o ile na kolorach znam się o niebo lepiej niż mój P., to na samochodach już niekoniecznie.
Po trzecie- siku ( moje) w publicznej toalecie w towarzystwie syna, który otwiera drzwi w trakcie i ucieka na korytarz śni mi się po nocach. Tak- tam nie było zamka w drzwiach!


Dlatego powtórzę tytuł tego posta- nie współczuję samotnym matkom ( i ojcom) - ja ich PODZIWIAM!

Taka zwykła sytuacja z naszego życia uświadomiła mi, jak wiele musi przejść samotny ( samodzielny z wybory czy też nie z wyboru) rodzic. Musi ogarnąć całą codzienność, być rodzicem za dwoje, zadbać o dzieciaka, o dom, przedszkole czy szkołę, o ciepły obiad i kompot do nie go, o kredki i farby potrzebne na plastykę, o strój na basen i terminie zwrotu lektury. Musi na to zarobić! Musi myśleć za dwoje, działać za dwoje a śpi za jednego...

Musi, bo często nie ma innego wyjścia a znikąd pomocy.


Życie pojedyńczego rodzica z dzieckiem/ dziećmi przy boku, mimo całego ogromu miłości i szczęścia, jest cholernie trudne.

Dlatego podziwiam takich rodziców podziwem najszczerszym!.


Dziękuję za uwagę i do następnego :*

14. Mar, 2016

Nie urodziłam swojego syna

Całkiem niedawno mogłeś, drogi odbiorco, przeczytać o tym, jak przebiegała moja słoniowa ciąża.
Uraczyłam Cię też bardzo intymnym wyznaniem- większość ciąży spędziłam leżąc na plaży ( chodziłam z brzuszkiem latem- wyjątkowo wtedy upalnym- a w moim mieszkaniu, w bloku na 3 piętrze, bez balkonu, temperatura dochodziła do 42 stopni- no wypisz, wymaluj płaża! ) i popijając drinki ( bezalkoholowe of course) z palemką. I wiesz co?
To wszystko bujda! Okłamałam Cię!
Udawałam ciążę!


Przeczytaj 11 punktów, które świadczą o tym, że nie urodziłam mojego syna:

1. Poranne, wieczorne, nocne, całodobowe mdłości nie były zasługą rewolucji hormonalnej w moim ciele- obżarłam się lodów i zaszkodziły mi.
Na 9 miesięcy!
2. Zatrzymałam 8 litrów wody, bo chciałam zrobić zapas- jak wielbłąd. Nie wiedziałam, czy lato się nie przedłuży, więc wolałam ten zapas nosić zawsze ze sobą. Pomogło mi spożywanie kilograma soli dziennie- wiadomo, sól zatrzymuje wodę!
3. Wstawałam na siku 10 razy w ciągu nocy, bo takie mam hobby. Po prostu trenowałam do sikowego maratonu!
4. Doczepiłam sobie 5 kilogramowy worek na brzuchu, bo robiłam badania socjologiczne pod roboczym tytułem „ Czy wyglądając jak słonica przed rozwiązaniem- ja kobieta- mam szansę na pierwszeństwo przy kasie w osiedlowym spożywczaku.” - Nie pytajcie o wyniki. Sama Wam powiem- pierwszeństwa nie miałam. Widać na moim osiedlu mieszkają tylko niewidomi.
5. Do lekarza ginekologa chodziłam 3 razy w tygodniu ( tak- co 3 dni na ktg po 7 m-cu ciąży), ponieważ mogłam poplotkować z położną na temat wyższości czopków glicerynowych 2 gramowych nad tymi 1-gramowymi, mogłam prowadzić psychoterapię i wysłuchać niesamowitych historii pacjentów w poczekalni a, co najważniejsze, wszystko za darmo! Tyle wygrać!
6. Przeleżałam 3 tygodnie w szpitalu, bo nie chciało mi się daleko jechać na wakacje a jeszcze na tym zarobiłam! Miałam wyżywienie ( tfuuu), sprzątanie łóżka, kroplówki i wiele innych przyjemności w cenie! All inclusive! A jeszcze od ubezpieczyciela dostałam zwrot za pobyt na tych wczasach!
7. Na porodówkę pojechałam, bo w piątek nie było nic ciekawego na Canal+. Jak pomyślałam, że kolejny piątek spędzę z „ Rodzinką.pl” , to wolałam posiedzieć w szpitalu i posłuchać kobiecych bluzgów na żywo.
8. Bóle parte, trwające 2,5 godziny były tylko i wyłącznie moja fanaberią! Uparta, wredna zołza ze mnie, ot co. Nie chciałam urodzić i tyle.
10. Szkołę rodzenia skończyłam po to, by posłuchać o cierpieniu i wysiłku, jaki czeka te naiwne kobiety, które wpadły na tak szalony pomysł, by rodzić dzieci.
11. Zestaw do pobrania krwi pępowinowej miałam ze sobą, bo nie miałam na co wydać 500 zł, a trochę wężyków i worek z plastiku zawsze się w domu przyda.






A teraz, w woli wyjaśnienia- nie urodziłam mojego syna- Mojego syna WYJĘTO ZE MNIE po 3 dniach skurczy przepowiadających, 12 godzinach porodu, i ponad 2 godzinach parcia- gdy zemdlałam z wycieńczenia!

Jak mi ktoś kur.... jeszcze raz powie, że nie urodziłam, to trzymajcie mnie, bo …

A tak na serio- coraz więcej ciąż kończonych jest przez cięcie cesarskie.
Coraz mniej porodów naturalnych. Jaka jest tego przyczyna? Skąd taki zwrot?
Zastanawiałam się nad tym ostatnio po przeczytaniu wpisu i komentarzy na blogu Mai Bohosiewicz ( majkapolka.pl)
Na pewno jest znacznie więcej ciąż powikłanych, niefizjologicznych czy wystaranych. Kobiety coraz później decydują się na ciążę, a to ze względu na karierę zawodową lub wręcz przeciwnie- niestabilną sytuację
w pracy, brak zaplecza finansowego lub mieszkaniowego, czy wreszcie brak odpowiedniego kandydata na tatę dla swoich brzdąców. Wiele kobiet boi się porodu, co akurat jest naturalne, tyle że czasem lęk przed nieznanym, to coś więcj niż sam strach. To nie mój wymysł, że im późniejsza ciąża, tym często mniej sił czy energii mamy- organizm 40-latki ma postawioną poprzeczkę nieco wyżej, niż ten 25-latki. Nie chodzi mi o to, czy wcześniejsze macierzyństwo jest lepsze, niż to dojrzałe ani na odwrót, bo każde ma swoje plusy – ale nie o tym ten wpis traktuje.
Tylko o tym, że nie jestem gorszą mamą tylko dlatego, że nie urodziłam mojego synka siłami natury. I Ty też nie jesteś gorsza! Ani Ty nie jesteś ode mnie lepsza- mamo rodząca naturalnie.
Sama będąc w ciąży chciałam URODZIĆ mojego dziedzica, ale wyszło tak, że nie wyszedł :) i musieliśmy Mu pomóc.
Napisałam ten post dlatego, że niestety kilka razy potraktowano mnie w bardzo nieładny sposób. Na prawdę, w XXI wieku, zdarzyło mi się usłyszeć, że nie urodziłam mojego synka. No dno i trzy metry mułu. Dobrze, że przynajmniej jestem na tyle bezczelna, że nie dałam sobie tego wmówić :D
Nikt nie dał mi prawa oceniać innej kobiety w jaki sposób sprowadzi na świat swoje potomstwo, w jaki sposób je wykarmi i czy będzie mamą stosująca BLW ( czy tak jak ja da dziecku w łapę kawał banana czy jabłka i ono też przeżyje ), czy będzie je chustować i czy je ochrzci. Wara mi od tego! Wierzę w ludzi i wierzę w mamy- dlatego ( pomijając patologię)wiem, że żadna mama nie zrobi swojemu dziecku krzywdy. Ale chyba nie wszyscy myslą podobnie. Albo nie wszyscy myślą.
Dlatego apeluję- nie osądzajcie, nie krytykujcie, nie przypinajcie łatki. A najlepiej, zanim zaczniesz się mądrzyć- pomyśl. Może to dzieciątko było wystarane latami i rodzice bali się powikłań porodu naturalnego, niedotlenienia i innych strasznych rzeczy i dlatego zdecydowali się na cc. Może ta kobieta nie mogła rodzić naturalnie, ale nie chce Ci o tym opowiadać, bo to zbyt intymne jak na zwierzenia przy piaskownicy. Inna być może bała się porodu naturalnego i dlatego wybrała „wygodną” cesarkę, a może po prostu tak zdecydowała, bo ma do tego prawo, a Tobie nic do tego!

Także dziewczęta i chłopcy- idźcie i nie grzeszcie więcej :)

1. Lu, 2016

Głowa odpoczywa, ale Ty się zmęcz!

Wiesz, że 30 minut wysiłku fizycznego 3 razy w tygodniu wystarczy, żeby lepiej dotlenić wszystkie Twoje narządy wewnętrzne? Dodaj jeszcze do tego tętno min. 130 uderzeń na minutę i masz gotową złotą zasadę: 3x30x130 dzięki której Twój organizm da z siebie absolutnie wszystko- przepompuje krew do wszystkich organów poczynając od serca a co za tym idzie- całe ciało będzie dotlenione. Stosując tę zasadę pomożesz również wzmocnić swoje mięśnie, ujędrnić skórę no spalisz trochę zapasów tłuszczyku z bioder i brzuszka.

Ale co to dokładnie oznacza?
A no to, że co drugi dzień powinnaś/powinieneś poświęcić na aktywność fizyczną minimum 30 minut, przy czym Twoje tętno nie powinno spaść poniżej 130 uderzeń na minutę. Łopatologicznie rzecz ujmując- przez te pół godziny masz się spocić ale nie zamęczyć na tyle, by następnego dnia zakwasy mieć nawet na uszach. Ale jednak musisz się trochę zmęczyć. Co to znaczy trochę?

Na początek świetny jest szybki marsz, jogging, rower, rolki czy basen.
Wszystko zależy od Twoich upodobań. Mnie nikt nie namówi na bieganie. Nie kręci mnie to. Za to na rowerze mogłabym spać, jeść i tańczyć. Uwielbiam jazdę rowerem- od wczesnej wiosny do późnej jesieni potrafimy dziennie przejechać 15-20 km- wszystko zależy od pogody. Tak, jeździmy- bo ten sport uprawiam razem z moim synem- młodzież siedzi w foteliku montowanym na ramie z przodu- a ja zasuwam z dodatkowym obciążeniem.

Dlaczego 3 razy w tygodniu? Bo jeśli nie jesteś wyczynowcem- Twój organizm potrzebuje czasu na regenerację- na odpoczynek daj mięśniom mniej więcej 48 godzin . A poza tym często po prostu łatwiej jest wygospodarować te 30 minut co drugi dzień. Jeśli zaplanujesz sobie trening np. w każdy wtorek, czwartek i niedzielę- po pewnym czasie wyrobisz sobie nawyk ćwiczeń. A to akurat bardzo dobry dla Ciebie nawyk.

No i w końcu dlaczego akurat 30 minut? Otóż to jest dolna granica- z biegiem czasu i poprawą kondycji możesz zwiększać czas poświęcany na aktywność fizyczną. Ale to pół godziny to absolutne minimum- jest potrzebne by rozgrzać organizm, pobudzić wszystkie mięśnie tak, by zaczęły zużywać się zapasy kalorii- czyli zapasy sadełka. Po kilku treningach sama zobaczysz, że 30 minut to będzie stanowczo za mało. Wiem, bo sprawdziła- teraz godzina zdaje się być niewystarczająca.

Co jest ważne?
Po pierwsze- rozgrzewka! Bez niej – ani rusz- nabawisz się kontuzji jeszcze zanim zdążysz dojść do furtki. Rozgrzać trzeba wszystkie mięśnie- poświęć na nią przynajmniej 5 minut. Niech to będą pajacyki, podskoki, skłony, wymachy ramion, wypady nóg, przysiady.

Po drugie- pij wodę! Jeśli masz możliwość- weź ze sobą małą butelkę wody mineralnej, jeśli nie chcesz jej brać ze sobą- pamiętaj by uzupełnić płyny po treningu. Koniecznie wodą!

Po trzecie- ciesz się! To jest Twój czas dla siebie! W końcu spalasz zimową izolację z brzuszka i pupy!

To jak- planujesz się w końcu ruszyć?

18. Sty, 2016

A gdyby tak...

Spała oddychając cichuteńko, niemal niesłyszalnie.

Była bardzo spokojna, zawieszona gdzieś pomiędzy nocą a dniem, końcem a początkiem.

W pokoju panowała przeszywajaca cisza.

Jej bladą, małą buzię oświetlała okryta hustką nocna lampka.

Trwała w tym zawieszeniu od kilku dni i nocy- gdzieś pomiędzy jawą a snem...

Aż ciszę nocy przerwał potworny ryk, lament, krzyk.

Zrobiło się zamieszanie, lekarz i pielęgniarki zjawili się w kilka sekund.

Teraz nie byli jej juz potrzebni. Pomogli jej bezboleśnie przejść, przekroczyć granicę.



Wrzask, płacz, spazmy......

Rozpacz matki, której dziecko odeszło na zawsze.

Wrzask dziecka, które utraciło ukochana mamę. Teraz to już sierocy krzuk.

Sierocy krzyk szczelnie wypełniający ciszę.

Z jej ostatnim oddechem zniknęło Jego poczucie bezpieczeństwa, zniknęły powody do śmiechu i usmiechu, świat przestał istnieć, bo przecież bez mamy nie ma niczego.

Juz nie pogłaszcze Go chłodną dłonia po rozpalonym gorączką czole,

nie powie " brawo synku" ujrzawszy nagryzmolony na kawałku kartki zielony czołg, nie roześmieje się po usłyszeniu piąty raz tego samego żartu,

nie pomacha na powitanie...

Jak ma dalej żyć? Bez mamy? Nie da się...





Ona umierała na raka mając niespełna 30 lat. Całe życie było przed nią.



Dziewczyny- badajcie się!

Badajcie się dla swoich dzieci, aby ich wrzask i płacz był spowodowany tylko tym, że nie dostaną dziś ani jednej kostki czekolady więcej.

Badajcie się, żeby ten wrzask nie stał się sierocym krzykiem.



Miałam przygotowany dla Was na dziś zupełnie inny wpis, ale mam nadzieję, że tym wpisem zmotywuje choć jedną jedyna osobe, by pomyślała o sobie i zrobiła choćby podstawowe badania.

Ja badam się regularnie- raz w roku cytologia, usg piersi i brzucha. 3 razy w roku badam profilaktycznie siebie i swoje dziecko ( morfologia, rozmaz i poziom żelaza).

Zrób to dla swojego dziecka/ męża/ rodzica- idź się zbadać!



A Ty kiedy ostatnio zrobiłaś cytologię? A USG piersi?

11. Sty, 2016

Mama w formie

Pisałam Ci już, że nie czynię noworocznych postanowień. To najprawdziwsza prawda. Ale nie oznacza to, że nie planuję. Mam kilka planów na nadchodzące miesiące, ale nie trzymam się sztywno ram czasowych. Niech wszystko dzieje się na totalnym sloooow !
Plan, który będę Ci teraz ( mam nadzieję systematycznie) przedstawiać jest kontynuacją moich ubiegłorocznych poczynań. Wypocin też, bo przecież obiecałam Ci w listopadzie, że dowiesz się wszystkiego po kolei. Siadaj, z kubkiem gorącej herbaty i czytaj :) Zapraszam.

Nie każda z nas- mam- ma szczęście wrócić do wagi i rozmiaru sprzed ciąży tylko i wyłącznie dzięki karmieniu piersią swojego malucha.
Przynajmniej ja tego szczęścia nie miałam. Nie miałam go podwójnie. Nie mogłam karmić piersią tyle, ile sobie wymarzyłam.
Po samym porodzie ubyło mi sporo i ubywało systematycznie. Aż do pewnego momentu. Najgorsze jest jednak to, że nie potrafiłam i nadal nie potrafię jasno określić tego momentu, w którym waga stanęła. Nawet pomimo karmienia małego ssaka.
Po wielu próbach i wielu, wielu niepowodzeniach coś drgnęło!
Ale wiesz co stało się przed tym „ drgnięciem”? Określiłam jasno swoje plany, cele i oczekiwania!
Ale tak na poważnie- spisałam je w swoim małym, kolorowym notesie.

Oto, co wtedy nabazgrałam:

Pierwszym, najważniejszym i zarazem jedynym punktem mojej listy nie stała się moja waga.
Stało się nim moje własne osobiste zdrowie- zarówno to fizyczne, jak i psychiczne. Chciałam znów mieć kondycję sprzed ciąży. I to jest nie lada wyzwanie. Ale podobno SKY IS THE LIMIT!

Wiesz, co zyskasz dzięki temu, że ruszysz tyłek z kanapy?

Wiadomo, że porządny wysiłek fizyczny daje niesamowitego kopa energetycznego i każdorazowo, zupełnie za free, wysyła Ci najlepsze narkotyki na świecie- endorfiny.
I wpadasz w ten nałóg, jak Doda w ramiona Agnieszki Szulim w klubowej toalecie.
Kiedy pokonasz już pierwsze, początkowo mordercze treningi, chcesz więcej i więcej. Taka samonapędzająca się maszyna.
Od dłuższego już czasu każdą wolną chwilę poświęcam na jakąś aktywność fizyczną. Tak- chwilę, bo mając pod opieką absorbującego 2-latka, jednorazowo mogę sobie pozwolić na kilka takich chwil w ciągu dnia. Ale da się? Da się, tylko musisz znaleźć motywację i uwierzyć w siebie.

Moją motywacją, oprócz założenia w przyszłym roku tych szortów, było zdrowie i dobre samopoczucie- ale nawet nie tyle dla mnie, co dla mojego syna. On potrzebuje zdrowej mamy. Mamy, która będzie razem z nim poznawać świat, która mu ten świat pokaże, wytłumaczy. Mojego syna energia wręcz rozpiera- więc ja, mając dotrzymać Mu kroku, muszę coś zrobić, żeby już
w przedbiegach nie odpaść z jęzorem wiszącym po kolana.

Skoro ruch wyzwala w naszym organizmie produkcję endorfin, to mówiąc kolokwialnie- gdy ruszysz tyłek- odpoczywa głowa :)
Po pierwsze- gdy skupiasz się na wykonywaniu kolejnych ewolucji nie masz czasu martwić się tym, dlaczego Twoje dziecię nie zjadło dziś buraczków ( co rzecz jasna powoduje lawinę myśli- nie zjadł - będzie niedożywiony- będzie miał niedobory- spadnie Mu odporność- zacznie się od śpika a później wylądujemy w szpitalu i to na pewno przed świętami). Serio- ja tak mam :)

Chcesz kolejny dowód na to, że ruch poprawi Twoją kondycję psychiczną? Mówisz- masz:
Ja ćwiczę, bo ruch pomaga mi pozbyć się złych emocji, nabrać dystansu do wielu spraw. Ćwicząc odpoczywam, regeneruję i oczyszczam umysł.

Ciąg dalszy nastąpi :) Aj promys!

7. Sty, 2016

A Ty dotrzymujesz postanowień noworocznych?

Kilka dni temu przekroczyliśmy próg i już jesteśmy w Nowym Roku. Ubiegły rok minął u nas bardzo szybko, jednocześnie ciągnąc się, jak wiElki glut z niemowlęcego nosa. Moje dziecko urosło!
Mój syn z niemowlęcia stał się chłopcem. Porzucił pieluchę na rzecz różowego nocnika z kaczuszką i potrafi zagadać wszystkich wokół,
posługując się prawie poprawna polszczyzną. Jestem z Niego taka dumna!
I codziennie Mu to powtarzam, nawet wtedy, gdy zajęty zupełnie czymś
innym wydaje się nie zwracać uwagi na moja paplaninę:)

Dla jednych z Was przełom Starego i Nowego roku to czas postanowień i podsumowań. Dlaczego piszę „ dla wielu z WAS”?
Bo mnie to nie dotyczy. Nigdy nie „robiłam” postanowień noworocznych.
Nie mam też w zwyczaju robić podsumowania starego roku z okazji Sylwestra.

Dlaczego nie robię pierwszej z tych rzeczy?

Po pierwsze- przełom upływające i nadchodzącego roku nie jest dla mnie okresem „magicznym”- nie oddzielam grubą krechą jednego i drugiego, tylko dlatego, że wielu tak robi. Nie ma jednego wielkiego tąpnięcia o północy i myśli „ od dziś do końca tego roku muszę schudnąć 15 kilogramów, przestać jeść słodycze, zapisać się na fitness, znaleźć nową pracę, zostać blogerem roku, zarobić pierwszy milion i dorwać księcia z bajki”. Chyba trochę za dużo by tego było, biorąc pod uwagę, że to dopiero 1 stycznia, ja mam już tyle na głowie a gdzie tam jeszcze do końca roku?
Na mnie osobiście lista takowych postanowień działałaby frustrujaco,
zwłaszcza , że początek roku to tez sprawozdania do GUSu, Min. Ochrony Środowiska i inne przyjemności :) Chyba bym nie wyrobiła!

Po drugie- znam siebie- gdybym postanowiła nie jeść czekolady od momentu wybicia przez zegar z kukułką godziny zero- to dokładnie od tej chwili nie potrafiłabym myśleć o niczym innym, tylko o tej kostce czekolady. No, najwyżej dwóch.
I już drugiego stycznia niosłabym na barkach ciężki bagaż poniesionej klęski.

Po trzecie- nie potrzebuję tej „magicznej daty”, by wziąć życie w swoje ręce. Czy tam spiąć pośladki. Żeby zacząć ćwiczyć intensywniej niż w ubiegłym miesiącu wystarczą mi efekty (w postaci przyciasnych legginsów :) )
mojego lenistwa czy zwykłego braku czasu.

Po czwarte wiąże się z drugą rzeczą, której nie robię wraz z nadejściem Nowego Roku.Nie podsumowuję mijającego roku na zasadzie „ co udało mi się osiągnąć, a czego niestety nie”- nie postanawiam, więc siłą rzeczy nie podsumowuję, bo bardzo mnie frustrują takie zabiegi.
A chyba nikt nie chce rozpoczynać roku z worem frustracji na plecach. Ja na pewno nie!

Także trzymam się swojego corocznego postanowienia:
od Nowego Roku nie postanawiam niczego!

7. Gru, 2015

Wierzę w Świętego Mikołaja!

Wierzę! I już.
Wierzę, że jest gdzieś TEN leciwy dziadziuś,
który przez cały rok robi najpiękniejsze zabawki,
by w tę jedną noc uszczęśliwić wszystkie maluchy.

Wierzę, że pomagają mu elfy!
Że są takie całkiem maleńkie- wzrostem sięgają mi do kolan, noszą zielone kubraczki i czapki, a ich uszy, zakończone w szpic, słyszą wszystkie dziecięce życzenia.

Wierzę, że mieszka w krainie zasypanej śniegiem przez okrągły rok. Tam zawsze świeci słońce, choć mróz aż szczypie w nos. Choinki obwieszone są kolorowymi lampkami a wiatr niesie melodię "Cichej nocy".

Wiem, że renifery spacerują wokół Jego domu i, gdy są głodne stukają
mordką w okienną szybę, upominają się o wyłożenie siana w paśniku.

Gdybyś zajrzał przez tę szybę ukradkiem, ujrzałbyś Jego- siedzącego
w starym, wiklinowym fotelu na biegunach, popijającego gorące kakałko.
Zamknij oczy i spójrz. Spójrz oczyma wyobraźni- czy widzisz jak w wielkim, kamiennym kominku pali się ogień? Ja nawet czuję jego przejmujące ciepło.

Haaaaa... najmniejszy z elfów przyniósł Mikołajowi Wielką Księgę. Ledwie ją uniósł, taka była ciężka. Sam usiadł u stóp Mikołaja ze swoim małym kubeczkiem kakao w ręku.
Wiesz co to za Księga? Ja wiem- widziałam ją!
W tej Księdze są imiona wszystkich dzieci, a obok tych imion- ich marzenia.

Tak Synku, Mikołaj wie, że marzyłeś o nowych garnkach z plastyku, żeby pomagać mamie w gotowaniu.
I o nowym traktorze, bo przecież te, które już masz niestety nie mają doczepianej cysterny i "prace polowe" są niewykończone, a zima tuż tuż.
To w tej księdze przeczytał, że ten zdalnie sterowany samochód powinien być czerwony, a nie niebieski.
On wie, że lubisz czekoladę i galaretki nią oblane, ale mama nie pozwala ich jeść zbyt często. Dlatego zostawił Ci ich tylko kilka- to w trosce o twoje ząbki i brzuszek.

I wiesz co? Był zachwycone, że razem upiekliśmy mu te owsiane ciasteczka. Bardzo Mu smakowały.

Oczywiście wierzę w Świętego Mikołaja, bo wiem że istnieje.
Wierzę w Jego magiczną moc przenikania ludzkich serc.

Wierzę, że Mikołaj jest i mieszka w każdym z nas.

1. Gru, 2015

SZORTY? ... SZORTY!

Jako, że u mnie nastrój świąteczny dopiero raczkuje, dziś zabieram Was nie w podróż do krainy Świętego Mikołaja, lodu i zamarzających gili, ale
w podróż...do mojej niedalekiej przeszłości. Rozpościeram przed Wami połacie zachlapane błotem i zroszone dzisiejszym ulewnym deszczem.
Zapinaj pasy i jedziemy!

Ostatnio opowiadałam Ci o początku moich zmagań z sama sobą. No to teraz ciąg dalszy.
SZORTY? … SZORTY!
Ja mam takie małe marzenie- wejść w tę moja ulubiona parę sprzed kilku sezonów.
I co z tego, że może niemodne, że tego fasonu nie znajdziesz na liście must have w cosmo z lipca bieżącego roku?
Ja po prostu chcę w nie wejść... i się dopiąć :) Tak, żeby jeszcze boczki nie wystawały z boku, a uda nie wylewały się z nich dołem jak fala tsunami. Wiesz o co mi chodzi? Wiem, że wiesz !

Po długich zmaganiach z samą sobą, kilku radosnych początkach i nie tyle smutnych, co żałosnych zakończeniach tych początków, postanowiłam raz jeszcze przyjrzeć się sobie. Ale tym razem bardziej realnie, całościowo
i bez ściemy.

Stanęłam przed lustrem, gotowa zmierzyć się z oceną jury w mojej własnej postaci.
Fakty były następujące:
1. Waga wskazywała 5,5 kg „nad-wagi”,
2. Cellulit ( nie mylcie z cellulitis, bo to dwie różne rzeczy)- brrr...nie znoszę brzmienia tego słowa- obejmujący uda, tyłek i w niewielkim stopniu brzuch. Mój P. twierdzi, że w najwyższym stopniu cellulitem zajęty mam mózg :D
3. Obrzęki!!! Przede wszystkim problem dotyczył u mnie nóg- od uda, po koniuszki palców u stóp
4. Cycki, jak dwie stare skarpety :/- z tym, że zaczekam, aż korekta dla mamusiek po zakończeniu laktacji będzie jednak refundowana przez NFZ :)
5. Osłabione włosy ( choć od porodu minęło już dużo, dużo czasu, więc powinny być coraz lepsze).
6. Problemy z cerą- raz przesuszona, raz przetłuszczona- zwariować można.
7. Skóra od pasa w dół wymaga ujędrnienia.
Z każdym z powyższych problemów ( czy tam ubzdurań) postanowiłam się rozprawić! Zadziałać systematycznie, powoli i długofalowo, tak by efekty nie były natychmiastowe i oszałamiające, ale trwałe i zadowalające.

Mianowicie:

1. Waga, jak to waga- u nas, kobiet, w cyklu miesięcznym potrafi się wahać nawet do 3 kg. I u mnie tak jest, więc z wagi korzystam rzadko, raz na jakiś czas. Zamiast drażnić nią oczy i mózg, postanowiłam po prostu się zmierzyć. Zmierzyć ze swoimi wymiarami w miejscach strategicznych.

2. Z cellulitem można walczyć. Znajdzie się któraś, która nie walczy? Nie wstydźcie się -ręka do góry, przyznać się! No właśnie- widzę oczyma wyobraźni ten las rąk :) . I tu z pomocą przyszła mi bańka chińska. Komplet tych cudeniek zafundował mi 7 lat temu mój młodszy brat. Chwała Mu!
Używałam ich wtedy metodą „ na dzika”-
w sensie, że masowałam nimi swoje wyoliwione uda i pośladki, aż byłam spocona jak dzik!
Przypomniałam sobie o nich, będąc na masażu pleców, podczas którego zostałam nimi potraktowana. Wróciłam do domu, podekscytowana jak pies siedzący pod lodówką, w której jest kiełbasa- jest na pewno, bo ktoś ją przed chwilą otwierał i cuchnie w całym domu ( kiełbasą, nie lodówką). Niemal merdałam ogonkiem, gdy znalazłam je na strychu w kartonie pt. „ jeszcze nie wiem, co z tym zrobię”. Już wiedziałam! Ale sekret udanego masażu zdradzę Wam innym razem.

3. Z obrzękami postanowiłam się rozprawić tak, jak one ze mną. Niech wiedzą- kto mieczem wojuje, od miecza ginie! Woda, woda i jeszcze raz woda.W pierwszej kolejności wygooglowałam jednak, jakimi środkami wspomóc organizm w walce z pozbywaniem się nadmiaru zatrzymanej
w tkankach wody ( bo to właśnie spowodowało obrzęki). Znalazłam kilka suplementów. No właśnie- suplementów- ich producenci, przed rejestracją nie mają obowiązku wykonania rzetelnych badań klinicznych, nawet jeśli deklarują działanie lecznicze suplementu. I pewnie takich badań po prostu się nie robi. Zapytasz dlaczego? Ponieważ po dokładnym przebadaniu danego specyfiku okazałoby się, że on po prostu nie działa.
Wsadziłam więc Młodego w fotelik, pojechałam do swojego lekarza, zapytałam w jaki sposób poradzić sobie z powyższym problemem
i uzyskałam satysfakcjonującą mnie odpowiedź: Zioła!
W moim ulubionym eko-sklepie nabyłam drogą kupna zioła suszone- każde
z osobna: liść brzozy, skrzyp polny i pokrzywę. Ja jestem alergikiem od urodzenia, więc pierwszy napar piłam mocno rozwodniony. Aha, bo
z tych ziół to robi się napar. Nie próbuj ich jeść na sucho :) I tak sobie popijam raz dziennie- każdego z ziół odmierzam łyżeczkę, mieszam je
w półlitrowym garnuszku i zalewam gorąca wodą. Zaparzam pod przykryciem jakieś 15 minut ( o ile o nich nie zapomnę) i wypijam. No
w smaku to to jest konkretne.... fujfujfuj! Ale na mnie działa! Hurrra! Jeśli możesz pic zioła ( jeśli jesteś w ciąży lub karmisz piersią, to jednak zaczekaj aż Ci przejdzie, bo wtedy zioła nie są zalecane) i słodzisz to, co pijesz, to możesz napar osłodzić prawdziwym miodem.
Aha, no i woda. Dużo wody.
Ale nie za dużo! Około 1,5- 2 l. dziennie jest idealnie.

4. Z tymi cyckami, to jednak chyba nie jest tak źle :)

5. O tych moich bujnych herach to ja Wam innym razem elaborat wystosunkuję :)
6. Na problemy z cerą postanowiłam porzucić czekoladę!
O ja Cię! Toś wpadła na pomysł-pomyślisz.
Ale tak- postanowiłam porzucić czekoladę w mlecznym wydaniu , na rzecz tej zawierającej minimum 70 % kakao. Ostatecznie siegam raczej po tę
z zawartością 90% kakao. No i w znacznie mniejszych ilościach- 2 kostki dziennie np. na podwieczorek, czy do drugiego śniadania.
O tym,jak bezboleśnie rozstać się ze słodyczami opowiem Wam już niebawem.

7. Przy tym punkcie mojej czarnej listy z pomocą znów przyszła do mnie wspomniana już bańka chińska, szepcząc: „ pick me, pick me, pick me” :) Więc ten punkt też miałam z głowy. Znaczy się z brzucha. I z tyłka.
Ha, tyle wygrać!

23. Lis, 2015

Walczę o dawną siebie!

Moją walkę o powrót do sylwetki i wagi sprzed ciąży, z racji przymusowego odpoczynku i regeneracji po cesarskim cięciu, odłożyłam na półkę na trzy miesiące. Trzy długie, niedospane, męczące miesiące. Poradniki wmawiają Ci, że zaraz po porodzie powinnaś zacząć ćwiczyć mięśnie Kegla.. aha, spoko. Po moim szybkim i nagłym cięciu nawet nie wiedziałam czy te mięśnie jeszcze tam są :) Póki co, pozostawały mi spacery.
Listopad dwa lata temu rozpieszczał dość ładną pogodą, grudzień też był pod tym względem całkiem łaskawy. Spacerowałam więc ile wlezie, na szybko zakładając wcześniej czapę, szalik i inne kożuchy. Najpierw na siebie, później na dziecko, żeby się bidny nie upocił. Tyle, że po zejściu z 3-go piętra z 4 kilogramowym bąblem, to ja byłam spocona jak mysz :/
Nic to, przecież tu chodzi o to, żeby się spocić i wyglądać jak w latach świetności :p Moje dziecię było stworzone do spacerów. Znaczy się, nie żeby już wtedy chodziło, tyle, że dał się na te spacery wyprowadzać. Ile bym nie chodziła- tyle spał. Nawet głód nie był w stanie Go wtedy obudzić. No dziecko stworzone do zrucania "nad"-wagi! I kiedy już, już miałam się brać za odpalenie PlayStation z płytą Chodakowskiej- Dziecię me zaczęło ząbkować. I cóż z tego, powiedziałaby niemama- postanowiłaś, więc nie pieprz, tylko ćwicz! Spinaj pośladki, napinaj brzuch przy wydechu i ćwicz! Taaa, spoko... spróbuj nie spać przez 3 tygodnie i ćwiczyć 30 minut dziennie. No dobra, przesadzam. Spałam... snem przerywanym tak mniej więcej co 1,5 godziny. A uwierzcie mi ( lub nie- zależy od Waszej metody antykoncepcji:) )
- sen przerywany jest bardziej do bani niż sex przerywany.
Po 3 tygodniach nareszcie jest! Znaczy się SĄ, bo wyszły oba na raz. Wstrętne zębiska. A ja naiwna i głupiutka wierzyłam, że teraz to już z górki. A skąd!?! Teraz to się dopiero zaczęło. Trzy tygodnie snu przerywanego, później jakiś tydzień spokoju i znów jazda, od nowa.
W czasie ząbkowania mojego pierworodnego miałam wiele zrywów do zmagania się z sadełkiem. Ale to były zrywy. Takie bardziej na spontanie, że hopsiup dziś poćwiczę. I takich zerwań do działania w ciągu pierwszego roku po porodzie miałam kilkanaście. I co z tego wyszło? Wielkie nic! Wielkie, wielgachne, "odomne" ( tłu. ogromne w języku mojego syna) NIC.
Kilka razy rozpoczynałam dietę. Przy czym u mnie "dieta" to porzucenie cukru we wszelkiej dodawanej postaci. Od lat jestem na zdroworozsądkowej diecie- pieczywo z mąki pełnoziarnistej, dużo warzyw, mniej owoców ( nie lubię ich, co zrobić! ), chudy nabiał i mięso. Zero soków z kartonów i mnóóóóóstwo wody niegazowanej. I nawet to nie pomagało.
Gubiły mnie słodycze. Tyle, że ja nie jadłam ich jakieś kosmiczne ilości, ale najgorsze- jadłam je zawsze wieczorem. Zawsze, ale to zawsze wieczorem. W ciągu dnia nie miałam ochoty nawet na kosteczkę czekolady. Ale pocieszałam się, że wcale nie jest tak źle, że zawsze może być jeszcze gorzej. No, bo w sumie mogło.
Ale wróćmy do aktywności fizycznej. Najpierw wymówka była za mała ilość snu, ale gdy Lolek skończył z ząbkować mając 12 i pół miesiąca, to trzeba było znaleźć nową wymówkę. I tu Cię nie zaskoczę- znalazłam! Powrót do pracy. Chciałam wrócić do pracy, bo "siedząc w domu" dostawałam kręćka i miotałam się jak miś Jogi, który wieje przed rojem pszczół. Tyle, że praca stała się dla mnie tą druga wymówką.
Aż nadeszło lato... w tym roku wyjątkowo upalne, gorące i duszne. No tropiki- a jak tropiki, to i bikini by się zdało, i krótkie szorty. I to okazało się dla mnie punktem zwrotnym! To było TO! Szorty! Znalazłam swoją nową wymówkę! Tyle, że tym razem była to wymówka z gatunku- nie jem słodyczy, bo chcę nosić szorty! A jak chce się nosić szorty, to trzeba spiąć pośladki, napiąć brzuch przy wydechu i zasuwać z Chodakowską :)

12. Lis, 2015

Mama wraca do formy!

Jesteś mamą (młodą/ czy nie-młodą- who cares :D ) i marzysz o tym, by wrócić do formy i wagi sprzed ciąży? Haaa- ja też! Jesteś na początku tej drogi, czy może próbowałaś już kilka razy i jakoś nie poszło?

To dobrze trafiłaś- ja już kilka razy próbowałam. Teraz jestem na początku tej drogi. Znów ;p No, może nie na samym początku- od 2 miesięcy jadę na pełnym gazie. Jedziesz ze mną? To zapraszam- zapinaj pasy i jedziem z koksem! Ale najpierw, by nakreślić Ci tło całej mojej przygody, opowiem Ci wszystko od początku.

Mianowicie- zawsze odżywiałam się racjonalnie! Baa- zawsze byłam bardzo szczupła, żeby nie powiedzieć koścista. Wiecznie w ruchu, ciągle w biegu...do czasu. Do czasu zagrożonej ciąży, a właściwie ciąży zagrożonej przedwczesnym porodem od 24 tc.
Do tego czasu robiłam wszystko: pracowałam zawodowo, jeździłam samochodem, pływałam a godzinny marsz i ciążowa gimnastyka były codziennymi rytuałami.

Wyobraź sobie zatem, że nagle musiałam włączyć tryb oszczędno-leżący! Dla mnie, kobitki o sporej nadruchliwości, było to szokiem. Ale mój syn- Jego zagrożone zdrowie i życie, były wtedy najważniejsze (żeby nie było niedomówień- teraz też są :) ) Tak więc wylądowałam na kanapie, wylegując się na niej niczym kot Garfield w swym legowisku. Krótkie spacery- owszem dozwolone, nawet wskazane. Ale krótkie, a nie półtoragodzinne marsze po parku. Bardzo brakowało mi ruchu, a od leżenia zaczęłam dostawać płaskodupia :) Dodaj do tego spowolniony przez ciążę metabolizm i już masz! + 20 kg do wagi wyjściowej, a że wzrostem bliżej mi do karła niż Dolce do Gabbany, to wyglądałam jak mała piłka do pilatesu. A jeśli wydaje Ci się, że. obżerałam się do nieprzytomności to masz rację- wydaje Ci się :p Nie było mowy o objadaniu się. Ba, przez pierwsze 4 miesiące nie było mowy o jedzeniu, albowiem- co zjedzone, to zwrócone. Przez kolejne miesiące było tylko trochę lepiej, ale tylko trochę. Nie jadłam większości owoców- bo zgaga. Sama już myśl o czymkolwiek z czekoladą przyprawiała mnie o zgagę! Nie zgadniesz co działo się, gdy zjadłam migdały na zgagę- "działa się" zgaga. Skąd więc ten mój nadbagaż? Nie wiem, serioserio, nie wiem! Może Ty mi powiesz? Choć po samym porodzie, gdy już mogłam się zwlec ze szpitalnego wyrka i stanąć na wadze, ta wskazała, że zostało mi już "tylko" 8 kg. "nadwagi". Jesteś ciekaw/ciekawa co było dalej? Zapraszam niebawem na ostrą jazdę bez trzymanki :*

Pozdrawiam

Magda-Lenka